SPOILER #1 – manchester by the sea

       Pierwsza opublikowana analiza musi być w jakiś sposób szczególna, dlatego wybrałam szczególny dla mnie film. Szczególny właściwie nie tylko dla mnie, bo zebrał  m.in. Oscary, nagrody BAFTA i  nagrody Critics Choice za najlepszy scenariusz oryginalny i najlepszego aktora pierwszoplanowego – ale nominacji i nagród dostał o wiele więcej (generalnie nagrodzony wielokrotnie został Casey Affleck, ale przewijały się nominacje za najlepszy film, najlepszą reżyserię, najlepszy scenariusz, najlepszą aktorkę drugoplanową – Michelle Williams, najlepszego młodego aktora – Lucas Hedges, najlepszy montaż, najlepsza muzykę).

Obraz ten wywarł na mnie kolosalne wrażenie i, żeby dobrze to wyjaśnić, zanalizuję go pod dwoma nagrodzonymi aspektami, tj aktorstwo i scenariusz, ale wspomnę też o innych mocnych stronach filmu. Oczywiście analiza będzie zdradzała fabułę, jak tytuł serii wskazuje, ale nie zawiera streszczenia tejże, w związku z czym tekst może być niezrozumiały dla osób , które nie oglądały filmu (ale takie osoby unikają spojlerów, prawda?).

Aktorstwo

18manbysea-facebookjumbo

Mówi się, że reżyser Kenneth Lonergan pisze dla aktorów. Niewątpliwe świetny scenariusz leży u podstaw wybitnych kreacji aktorskich w tym filmie, ale błyskotliwe role rzucają się w oczy na tyle mocno, że to pierwsza rzecz, którą chcę się zachwycić.

Kyle Chandler jest czarnym koniem tej produkcji. W roli szczerego, dobrodusznego, bezpośredniego, towarzyskiego Joe (nomen omen!) Chandlera wypada znakomicie, a także współtworzy realistyczną braterską więź z Casey Affleckiem (Lee Chandler). Spośród kilku świetnych kreacji ta została najmniej zauważona i doceniona, ale Kyle stworzył bardzo dobre tło dla swoich kolegów na planie, więc również dzięki niemu więzi pomiędzy bohaterami są tak naturalne. Teoretycznie każdy opis filmu już w pierwszej linijce zdradza śmierć jego bohatera, ale dzięki licznym flashbackom, Kyle jest z nami nieomal cały czas, co jest zdecydowanym atutem, gdy mówimy o tak zgrabnej, nieprzeszarżowanej kreacji.

Lucas Hedges poradził sobie bardzo dobrze w roli osieroconego nastolatka, syna Joe, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego młody wiek i stosunkowo niewielkie doświadczenie (aczkolwiek pojawił się już w innym oscarowym filmie, Teoria wszystkiego, czy u Wesa Andersona). Nie oczarował mnie jakoś ponadprzeciętnie, ale cieszę się, że nie przedobrzył, po prostu zrealizował prawidłowo i przekonująco swoją robotę. Jest osią chyba wszystkich scen o zabarwieniu humorystycznym i wypadło to świetnie, sympatycznie, bez dysonansu. Wspominam o nim głównie dlatego, że to bardzo dobrze rokujący młody aktor, a ten film może być dla jego kariery przełomowy.

Michelle Willimas jako Randi – i tutaj można się zacząć rozpływać. Występuje dosłownie w kilku scenach, ale są to najważniejsze sceny w całym filmie, najmocniej naładowane emocjonalnie i perfekcyjnie zrealizowane. Przypomniała mi się przez chwilkę jej doskonała rola w Blue Valentine, ale wolę ją tutaj. W Michelle bardzo cenię to, że staje się swoją postacią. W MBTS Michelle jet Randi, żoną, a następnie byłą żoną Lee. Mając tak mało czasu na ekranie, zdołała zarysować głębię i niejednoznaczność swojej postaci. Fantastyczna jest scena, w której w końcu ją poznajemy (słyszymy o niej już wcześniej) – kiedy Lee wraca po całym dniu spędzonym na łódce z bratem i bratankiem. Michelle ma jedną scenę, żeby pokazać kim jest: żoną, matką, normalną kobietą z zapaleniem zatok i poczuciem humoru. Równą babką. Ma tylko jedną scenę, żebyśmy zdążyli ją polubić zanim wydarzy się tragedia – uważam, że to bardzo ważne dla reszty filmu, żebyśmy lubili ją choć trochę, bo tylko wtedy będziemy umieli jej współczuć. A Randi jest kluczowa. Pamiętacie, jak po śmierci Joe, Lee wymienia kogo trzeba poinformować o pogrzebie? Wymienia parę osób, a potem: “Ktoś powinien poinformować też moją żonę” – chwila ciszy – “Twoją…?” – “Moją BYŁĄ żonę, Randi”.Właśnie w ten sposób słyszymy o niej po raz pierwszy, wtedy dowiadujemy się, że  bohater miał żonę – tak, Randi zostaje wprowadzona w odpowiedni sposób, postawiono na niej właściwy akcent i my nie możemy potem tego zignorować.Ostatnia scena z Randi, gdy spotyka się przypadkowo z Lee na mieście, jest jedną z najważniejszych – ja w tej scenie poczułam wszystko, co tylko się dało. Miłość, rozpacz, żal, tęsknotę, wybaczenie, a nade wszystko nieumiejętność porozumienia się. I już wiemy dlaczego nie są razem – wspólna gigantyczna tragedia stała się nie tylko ich Kalwarią, ale również Wieżą Babel. Po tym, co przeżyli, nie da się ze sobą rozmawiać. Można się nadal kochać (nie mam wątpliwości, że nadal się kochali), ale związek nie istnieje, nie może istnieć, przy braku komunikacji i braku wybaczenia samemu sobie. Całe clou filmu w pigułce jednego urywanego dialogu – to perfekcja.

Na koniec oczywiście zdecydowany faworyt, Casey Affleck. Fakt, że rola wydaje się być idealnie skrojona pod jego osobowość – czy to umniejsza jego osiągnięciom? Absolutnie nie i cieszę się, że nie zawsze trzeba zmienić płeć, orientację seksualną, wagę, wiek czy coś tam, żeby dostać kilka dobrze zasłużonych nagród.Casey jest nierzeczywisty w tym filmie. Konsekwentny, skoncentrowany, charakterystyczny, operujący minimum środków aby uzyskać maksimum wyrazu. Po seansie chciałabym mieć możliwość podejść do niego i serdecznie go przytulić, żeby go pocieszyć. Bo on i Lee Chandler to jedność. A Lee Chandlerowi nie przestaje współczuć od kiedy go poznałam.Jak już wspominałam, Casey korzysta z minimum środków, ale jego postać ma taką głębię psychologiczną, że ten film to właściwie jego portret. Widzimy go w relacji z wszystkimi osobami, z którymi ma jakikolwiek kontakt, czy to w przeszłości czy teraźniejszości.  Widzimy swobodnego, zabawnego Lee z przeszłości, szczęśliwego z żoną, zakochanego w swoich dzieciach, dobrego wujka dla swojego bratanka, lojalnego brata nieprzepadającego za bratową, faceta mającego szerokie grono kumpli, z którymi można pić piwo i grać w ping ponga po nocy. Równy gość, doskonale pasujący do swojej żony, równej babki. Nie ideał, ale osobnik sympatyczny, którego musimy polubić. Dobry człowiek,pomimo beztroskiego imprezowania do późna z alkoholem i kokainą.W teraźniejszości widzimy Lee-człowieka zagadkę, w relacji z pracodawcą, klientami, lekarzami, starym kumplem, byłą żoną, no i bratankiem. Tego Lee nie potrafimy przejrzeć, jest małomówny i uprzejmy, ale szorstki i potrafi niespodziewanie wybuchnąć agresją. Jest pokorny, skromny, niczego od życia nie oczekuje, ewidentny samotnik z problemami społecznymi. Ludzie patrzą na niego z niezrozumieniem, trochę litością, trochę strachem. Jest lubiany i szanowany przez swojego bratanka.A pomiędzy tym wszystkim wydarzenie, którego zrobiło z Lee-z-przeszłości człowieka, którym jest obecnie. Właśnie w tym miejscu pora na owacje – nie chodzi o to, że właśnie w tym momencie otwierają nam się oczy i zaczynamy w końcu rozumieć – bardziej chodzi o to, jak Casey to udźwignął. Ten ładunek emocji scen, których zwykle w filmach nie ma – są zawieszone niejako w domyśle, wiemy że pewne rzeczy  musiały się wydarzyć, ale nikt ich nam nie pokazuje i nawet jesteśmy wdzięczni, bo bronimy się przed tak silnymi uczuciami. Dlatego Casey najbardziej zasłużył na Oscara w scenie, w której podchodzi pod płonący dom z piwem w siatce. W scenie, w której sanitariusze nieudolnie próbują zapakować Randi do karetki, a on jeszcze bardziej nieudolnie chce okazać jej wsparcie. W pierwszej scenie przesłuchania przy zgliszczach domu, gdy strażacy wynoszą spalone ciałka jego dzieci w czarnych workach (chyba najbardziej nieoczekiwana dla mnie scena! Autorzy filmu nie oszczędzają ani aktorów ani widzów.Zwykle po scenie wielkiej tragedii i rozpaczy, spotykamy bohatera pogrążonego w żałobie po pogrzebie, albo po roku od wydarzenia, gdy próbuje poukładać sobie życie, prawda? Nie obserwujemy procesu wybierania trumny. Dlatego właśnie MBTS jest ponadprzeciętny).W scenie drugiego przesłuchania, tym razem na komisariacie,gdzie rzeczowo, choć skrajnie drętwo, odpowiada na pytania, a gdy nie dostaje kary, która byłaby błogosławieństwem w przekleństwie, próbuje popełnić samobójstwo i błaga o to, żeby mu go nie utrudniano (“Proszę…”). W scenie, kiedy żegna brata i wyjeżdża z miasta. To sekwencja scen, które złamały mi serce.W całym filmie nie ma ani jednej złej sceny Caseya, ale te wymienione przeze mnie zasługują na gigantyczny szacunek, bo zwykle nie wymaga się poradzenia sobie z czymś tak intensywnym ani od aktora ani od widza.Casey poradził sobie spektakularnie.My, widzowie, może trochę gorzej.

 Scenariusz

manchester-by-the-sea-2

Dobry aktor potrafi zrobić coś z niczego, np wykreować świetną rolę w przeciętnym filmie, ale nie da rady wykreować genialnej roli przy słabiutkim scenariuszu. Scenariusz MBTS jest perełką i drugim wielkim powodem do chluby dla twórców filmu.

Intymny, kameralny, niespieszny i dogłębny charakter filmu to również zasługa scenariusza. Dla kogoś może to być nudne: brak wielkich akcji, brak antagonisty, brak cukierkowego zakonczenia, brak przesłania dla widza. Reczywiscie to nie jest film z przesłaniem jako takim, to raczej bardzo osobista historia, ktorą jest nam dane poznać i która skłania do refleksji nad życiem i wszystkimi ważnymi jego elementami- ale nie jest żadną lekcją.

Dla scenariusza filmowego korzystne jest pójście w ekstremum. Czy czulibyśmy się tak samo, gdyby któraś z córeczek Lee została poparzona i przez to oszpecona? Albo nawet gdyby zginęło “tylko” jedno z jego dzieci? To są straszne tragedie, ale nie zrobiłyby na nas takiego wrażenia, jak ta zaserwowana przez Lonergana. On poszedł w ekstremum, zrobił swojemu bohaterowi taką krzywdę, jakiej sami byśmy mu nigdy nie wyrządzili , a przynajmniej tak nam się wydaje. Gdybyśmy to my mieli napisać scenariusz,  nasza ręka zawisłaby pewnie długo nad klawiaturą, a z oczu popłynełyby łzy znacznie szybciej niż u naszego nieszczęsnego bohatera. Niemniej, dla dobra filmu, ekstremalne sytuacje są najlepsze i często twórcy po nie sięgają, żeby wywrzeć wrażenie na publiczności. Na szczęście Lonergan potrafił połączyć wielką tragedię, jako jądro filmu, ze stonowaną narracją, dlatego otrzymujemy realistyczny do bólu obraz o wielkim emocjonalnym potencjale.

Realizm scenariusza jest bardzo konsekwentny co uprzyjemnia odbiór filmu. Lee ma charakterystyczny i spójny sposób wypowiadania się (czy “przed” czy “po”); nie jest on przeintelektualizowany, niepasujący do pochodzenia czy zawodu bohatera. To samo tyczy się pozostałych bohaterów – zostali bardzo dobrze napisani. Błyskiem geniuszu są momenty czarnego, ale było nie było, humoru. Całkiem szczerze przyznaję, że poczułam się zaskoczona – jak to, będę się na tym filmie, naładowanym śmiercią,  ś m i a ć? Wydawało mi się to przez sekundę okropnie niewłaściwe, ale potem mnie to zauroczyło – jeden z najsmutniejszych filmów, jakie widziałam, jest lekki. Jest lekko opowiedziany, nie przydusza i nie przytłacza; wgryza się w skórę jakimś takim pierwotnym, głębokim smutkiem, ale sam seans jest niesłychanie przyjemny. Chcemy bohaterom towarzyszyć. Jeśli to nie jest mistrzowskie, to nie wiem co jest. Przełamanie gatunku humorem, jest doskonałym, trudnym, a jakże dobrze zrealizowanym zabiegiem. Równie doskonały jest też pomysł na montaż i to jak scenariusz zaplanował przedstawienie nam życia Lee Chandlera. Znany amerykański scenarzysta Lew Hunter twierdzi: “czekanie, aż coś się wydarzy, bywa równie satysfakcjonujące, a nawet bardziej dramatyczne, niż oglądanie końcowego efektu. Zapowiadanie przyszłych wydarzeń tworzy suspens” (Lew Hunter, Kurs pisania scenariuszy, Wydawnictwo Filmowe 2013) . Ten zabieg widzimy w filmie dwukrotnie – raz, gdy już wiemy że Lee był kiedyś wesoły, miał żonę i dzieci, a teraz jest zdziwaczałym samotnikiem. Czekamy na to, co mogło się wydarzyć, bo coś musiało zniszczyć mu życie. Dodatkowo, w teraźniejszości wspomniana jest tylko Randi, a nie ich dzieci, co podsyca naszą ciekawość i rodzi złe przeczucia. Widzowie są przetrzymani w niepewności przez cały pierwszy akt filmu.  Drugi raz zabieg ten jest zastosowany właśnie w samym sercu filmu, przy pierwszych nutach  Adagio in G Minor Albinoniego (swoją drogą, bezbłędnie dobrany kawałek) – ta piękna melodia była dla mnie jak czerwona flaga ostrzegawcza. Lee wraca nocą ze sklepu w niechlujnej bluzie, nic wielkiego, prawda? Niepokojące, przeszywające nuty i cierpliwa praca kamery sprawiły, że  ściskało mnie w środku i wiedziałam, że wydarzy się coś dramatycznego. Obserwujemy plecy lekko zataczającego się bohatera. Nagle oprócz adagio słyszymy też syreny. Bohater przystaje i zaczyna biec. Zimne, ciemne, wolne kadry gwałtownie ustępują widokowi potężnych płomieni, a oprócz adagio i syren, słyszymy też trzask trawiącego wszystko ognia i przeraźliwe krzyki Randi: “puście mnie, w środku są moje dzieci”. Wiemy już wszystko, i to bez choćby jednego dialogu, ogólnie prawie bez słów. Co więcej, ten flashback jest wspomnieniem w głowie Lee, siedzącego u adwokata i mającego przyjąć pod swoją opiekę bratanka (“Nie mogę tego zrobić”). Perfekcyjnie rozegrane, panie Lorengan.

Chciałabym jeszcze wspomnieć o wyciętej scenie pogrzebu dzieci. Nie mi decydować czy powinna była znaleźć się w ostatecznej wersji filmu, ale pokazuje Lee ubranego w garnitur i krawat, siedzącego bez sił na kanapie. Naprzeciwko siedzi Joe i patrzy na niego ze smutkiem, towarzyszy im też mały Patrick. Obraz ten przeplata się z cmentarzem wypełnionym ludźmi, z histerycznie płacząca Randi, rozglądająca się za mężem. Wydaje mi się, że to bardzo ważna scena, również w kontekście późniejszego chronologicznie pogrzebu Joe, kiedy to Lee stanął na wysokości zadania i wziął na siebie całą odpowiedzialność organizacyjną, robiąc to przy tym dość beznamiętnie. Przede wszystkim jednak pokazuje króciutko co działo się z Randi i Lee wkrótce po tragicznych wydarzeniach (na cmentarzu widać śnieg, zatem nadal trwała zima, nie czekali do wiosny, jak w przypadku pogrzebu Joe – być może zostało to uznane za nieścisłość?). Byli osobno, każdy ze swoja rodzina, ale Randi szukała go wzrokiem, rozpaczliwie wiedząc, że tylko jedna osoba czuje to samo, co ona. Rozpacz i żal Randi były głośne i wyraźne, Lee po tragedii zatrzasnął się w sobie na dobre, dosłownie nie potrafił tego znieść (znamienne, wypowiadane w innym miejscu “Nie potrafię tego pokonać”). Link do wyciętych scen: https://www.youtube.com/watch?v=G_I7U-Xn_v4.

Zakończenie filmu to morze, Lee i Patrick. Patrick jako szansa na przeżycie reszty życia, nie tylko na egzystowanie. Być może trzeba tak jak Randi dać sobie drugą szansę , pomimo tego, że rany nigdy się nie zagoją, iść naprzód. Być może Lee też to widzi, choć nie potrafi wygrać z demonami przeszłości. Zakończenie nieco zawieszone, całkowicie niedopowiedziane, ale właściwie nie wiem jak mogłoby inaczej wyglądać, żeby nie zniszczyć tego wszystkiego, co zobaczyliśmy przez minione 2 godziny. Mi osobiście wydaje się, że Lee nigdy nie zrzuci z siebie poczucia winy i dojmującej straty, nie ma nawet takiego zamiaru, nie chce sobie wybaczyć, to co w nim było, spłonęło tamtego dnia. Ale może przestanie się karać  (to nie grzech, zapomnieć zabezpieczyć kominek przed wyjściem z domu…Choć niewątpliwie dramatyczny finał jest efektem serii kiepskich wyborów) i trochę częściej na jego ustach zagości uśmiech, wywołany przez bratanka.

Manchester by the sea jest pięknie opisaną,nieprzesadzoną historią człowieka, który stracił w życiu wszystko, ale mimo to stara się postąpić właściwie w momencie, w którym przychodzi mu zaopiekować się nastoletnim bratankiem. Historia rozwija się stopniowo przed widzem dzięki przebłyskom z przeszłości . W końcu dowiadujemy się, co przydarzyło się bohaterom, których zdążyliśmy już szczerze polubić. Oprócz genialnego scenariusza, wybitnego aktorstwa, przepięknych czystych zdjęć, nastrój budowany jest również przez ścieżkę dźwiękową, podbijającą emocjonalny wydźwięk poszczególnych scen. Każdy dialog i każde ujęcie są zasadne i służą fabule, a nie odwrotnie. Podoba mi się relacja mąż-zona, relacja ojciec-dzieci, relacja brat-brat, wujek-bratanek – prawdę mówiąc, nie wiem jak mogłyby się one nie spodobać, tak bardzo są naturalne. Ich osią jest Lee Chandler, czyli Casey Affleck, który w pełni zasłużenie odbiera liczne nagrody za swój występ.

maxresdefault1

Manchester by the sea złamał mi serce i nieprędko przestanę o nim myśleć.Jest w 100% kompatybilny z moja wrażliwością i jest dokładnie tym, czego szukam w kinie.

Advertisements

One thought on “SPOILER #1 – manchester by the sea

Add yours

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

WordPress.com.

Up ↑